Geoblog.pl    micwasik    Podróże    Ameryka Południowa 2008    Colombia: Santa Marta, Parque Nacional Tyrona, Taganga - chill-out and Morzem Karaibskim
Zwiń mapę
2008
08
wrz

Colombia: Santa Marta, Parque Nacional Tyrona, Taganga - chill-out and Morzem Karaibskim

 
Kolumbia
Kolumbia, Taganga
POPRZEDNIPOWRÓT DO LISTYNASTĘPNY
Przejechano 32055 km
 
08.09.2008 (pon.)
Bus San Gil - Santa Marta (50.000 COP, cała noc)

Spało się słodko - chyba przez te deszcze i niż atmosferyczny (czyli nawet w brzydkiej pogodzie można znaleźć pozytywne strony ;))!
Węszyłem jakąś ściemę, jak mi sprzedawał “szczyl” bilet i zaś chciał cos poprawiać, no i po wczorajszym wywalczeniu miejsca, dziś autobus jechał tylko do Cienaga i znów musiałem domagać się tego, co mi się należy… Koniec końców dostałem pieniądze na bilet do Santa Marta (2.000 COP, 1/2h).
W SANTA MARTA z dworca autobusowego, by dostać się do Parku Narodowego Tyrona można iść/jechać do skrzyżowania Mamatoco, a stamtąd udać się autobusem do El Zaino (4.000 COP, 2h). W jakimś blogu przeczytałem, że można “zaoszczędzić” wejściówkę do P.N. i udałem się do Calabazo (gdzie poprzedni kierowca busa nie chciał mnie wysadzić). Niestety/stety jednak już się wycwanili i kasują w tym miejscu też (jak przuważą ;)) - bagatela 25.000 COP.
W PARQUE NACIONAL TYRONA najpierw udałem się do PLAYA BRAVA, co zajęło mi trzy godziny… Okazało się, że jest to plaża prywatna (to jest ciekawe, że w Kolumbii w Parkach Narodowych zdarzają się tereny prywatne…), poprzedni turysta był tam dwa tygodnie przede mną i jest mega drożyzna (cabana - 60.000 COP, camping - 20.000 COP i estancia, czyli pobyt - 8.000 COP). Wykąpałem się więc, nacieszyłem Morzem Karaibskim - moim z dawien dawna marzeniem - zrealizowanym :)) i poszedłem jakimś skrótem do El Pueblito.
Do EL PUEBLITO szedłem chyba najbardziej dżunglowatą dżunglą, jakiej do tej pory doświadczyłem: gorąco, parno, wilgotno, ciemno (! jednak książka outdoorowa nie kłamała, że do dżungli należy zabrać filmy wysoce światłoczule ;)). Ponadto jak się człowiek na chwile zatrzyma - od razu Cie coś obłazi, pełno stworów (ptaki, pająki, świerszcze wielokolorowe, “wielonogi”, “hałaśniki” - takie same, jak w Chinach sądząc po odgłosie ;), mnóstwo mrówek robiących sobie szlaczek, dróżki - ile to ich musi się nachodzić?! ;), motyle, jaszczurki, meszki, kolibry, zaś na plaży kraby - wyprzedzając nieco ;)). No i sielankę popsuł deszcz - zaczęło padać (jak w filmach o Wietnamie - dżungla, liany i pada - sama prawda ;)) (1,5h)!
El Pueblito jest osadą Indian z tego rejonu, albo ich ruiną. Spotkałem rodzinkę, która wyglądała, jakby za karę tam siedzieli (rodzice z dwójką młokosów). Pewnie im plącą, by autentycznie wyglądali… Żałosne… I jacyś mało kontaktowi… Sama osada przywodzi na myśl twierdze Kuelap z Peru - okrągłe domy, choć rozmiarem nie może się w żadnym stopniu równać…
Po 1,5h wędrówce (El Pueblito jest na wzniesieniu) dotarłem do EL CABO SAN JUAN DE La GUIA - śliczne miejsce na morzem, chyba najbardziej spokojne, najmniej turystyczne z odwiedzonych przeze mnie w Parku. Zmierzchało się, więc udałem się na plażę obok i tam koczowałem :)! Uwielbiam spać na plaży, przy morzu (mimo hałasu ;))!

09.09.2008 (wt.)
Parque Nacional Tyrona. El Cabo de San Juan de la Guia

Rano piękna pobudka - po prostu ślicznie :)! Nie śpieszyłem się zbytnio ze zwijaniem namiotu, nawet go suszyłem, no i napatoczył się pan, co mnie raczył zapytać, czy nikt mi nie mówił, że tu nie wolno spać. Zgodnie z prawdą oświadczyłem, że nie ;)! Park ma „super” turystyczne ceny: normalnie kemping kosztuje 3-5.000 COP. Tutaj życzą sobie około 16.000 COP i jest to dokładnie tyle, co za hamak w Bogocie (tutaj nie trzeba za sobą przynieść…). W obliczu powyższego postanowiłem “dzikusować” :)!
W pobliżu owego campingu rosną guayaby i kokosy, czyli żarełko gratis ;)!
Ok. 9-ej odwiedziłem pobliską LA PISCINA - spokojne, malownicze miejsce do kąpieli, z której to skorzystałem :)! Upal dawał się we znaki. Wczorajsza wędrówka przez dżunglę mnie dosyć zmęczyła, a dziś w pełnym słońcu chodzi się jeszcze ciężej…
Około 12-ej dotarłem przed ARRECIFES - zupełnie opustoszale - brak sezonu ma swe dobre strony ;)! Po tradycyjnym “zmyleniu dróg przez miastowego” dotarłem nie spodziewając się tego zupełnie, do CANAVERAL, gdzie planowałem dotrzeć dnia następnego ;)! To jest chyba najbardziej komercyjna cześć Parku, z restauracją, jacuzzi i dwuosobowym łóżkiem na plaży do wynajęcia z widokiem na morze :)!
Jak mi już tak dobrze - choć męcząco - szła wędrówka, postanowiłem iść jak najdalej będzie mi się chciało na północ Parku. Można ponoć dojść do Los Narajos, ale informacja uzyskana u wejścia (drugiego) do Parku okazała się nad wyraz nietrafna: zamiast 1h ponoć trzeba tam iść ze trzy!
Dotarłem do kolejnej prywatnej plaży CASTILLETA i już dalej mi się nie chciało - w Los Naranjos ponoć nic nie ma (sklepu, pola namiotowego, choć niczego mi nie trzeba), a tu plaża równie bombowa :)! Niedaleko od drogi wychodzącej z dżungli, za “murami obronnymi”, czyli skalami stromymi rozbiłem namiot na skrawku plaży - super chill-out! Ze spokojem, w cieniu (mam DOŚĆ słońca) relaksik przy lekturze :)! Z ciekawostek wydłubałem też z pięć kleszczy z siebie - ścieżka, którą szedłem była od dawna nie uczęszczana wnosząc po pajęczynach i ogólnych chaszczach :)!
Pod wieczór przypomniały mi się Chiny, na wyspie PuTuoShan, gdzie z Maurycym też rozbiliśmy namiot, ale było tak duszno i gorąco, że prawie się nie dało spać :)! Tu na szczęście aż tak źle nie było :)!

10.09.2008 (śr.)
Parque Nacional Tyrona. Castilleta (cerca)

Jakoś wybitnie wcześnie mi się wstało - o 5.30 am.
Ok. 7-ej byłem przy wejściu do Parku. Stamtąd udałem się do właściwego ARRECIFE, które tylko pobieżnie widziałem poprzedniego dnia z plaży. Po drodze widziałem swą zoologiczną rewelacje wyjazdu - dwie brązowe małpki - mico titi. Już wcześniej zanotowałem ich obecność w Parku, ale tylko słyszałem odgłosy i szelest gałęzi - strasznie trudno je wypatrzeć wśród drzew - tym razem miałem szczęście - opłacało się wstać tak wcześnie (przypadek) ;)!
Spędziłem całe przedpołudnie na plaży, to czytając trochę, to się kąpiąc, to susząc pranie i wykorzystując ostatnie tabletki do czyszczenia wody :)! W pobliżu domów są prysznice na dworze i nikt się nie czepia, że po kąpieli morskiej się ich używa :)!
Czyściutki ok. 13-ej dotarłem do CANAVERAL, a o 15-ej cieszyłem swe podniebienie w Santa Marta na “mercado” :)!
Tam udało mi się zdzwonić z Nancy Lucia, ale to był mój jedyny neutralno-negatywny przypadek z CS w ciągu wyjazdu - niby w korespondencji miała mnie przenocować, zaś jak się spotkaliśmy, że jednak nie… TO się jednak okazało po wożeniu mnie ze sobą chyba przez trzy godziny… Koniec końców zawiozła mnie do Taganga i za to jej jestem wdzięczny. Wyobrazalem sobie jednak spokojną plażę, a tam nadmorski, zabudowany, zabetonowany kurort… Trudno było znaleźć jakiś rozsądny nocleg (było już późno i ciemno), ale - wiadomo - zawsze się coś znajdzie - i rozbiłem się u sympatycznej Argentynki “artesana” - Monica (5.000 COP, K5 Calle 18) :)!

11.09.2008 (czw.)
Taganga. Monica (5.000 COP, namiot)

TAGANGA jest małą wioską rybacką, lecz bardzo przyjemną, oddaloną zaledwie 5km od Santa Marta. W dzień można iść na plażę i na przykład „snorkelować”. Jest to też centrum płetwonurków w Kolumbii. Wieczorem można wylec na ulice i raczyć się specjałami. Pierwszy raz mi tu oferowali narkotyki do kupienia i to na głównej ulicy, obok przejeżdżającej policji…
Postanowiłem sobie, że będzie to takie miejsce trochę na odpoczynek. Ze spokojem, standardowo odwiedziłem kafejkę i-netową, poszwendałem się po mieścinie, odwiedziłem kilka agencji turystycznych oferujących kursy nurkowe (150 - 550.000 COP, 1 - 4 dni, wraz z certyfikatem). Tak się w sumie zastanawiałem, czy nie zrobić tego kursu, ale później pomyślałem sobie, że w Polsce „w szuwarach” nic i tak nie widać i inne sporty bardziej mnie ciągną, więc sobie odpuściłem. Nie trzeba w końcu korzystać ze wszystkiego tylko dlatego, że jest dostępne ;)!
Ok. 13:30 udałem się na Playa Grande, 15 min. od miasteczka. Alternatywnie - przyszło mi do głowy - awaryjnie można by tu campować ;)! Ogólnie spokój, brak sezonu.
Zakupiłem sprzęt do snorkelowania (12.000 COP) i pod wodę! J Zaletą jest, że nie trzeba specjalnie daleko płynąc - rafa, rybki, stare papcie i mętna woda są zaraz przy plaży ;). Isla de la Plata w Ekwadorze była jednak 100x lepsza :)! W końcu to były prawie Wyspy Galapagos ;)! Inna rzecz, że tutaj woda jest obezwładniająco przyjemna: cieplutka i milusi :)!
Odwiedzam też plażę Sisiguaca, kolejne 5 min. dalej, ale mnóstwo tu rybaków i zdecydowałem się nie snorkelować…
O 17-ej “odrobiłem” mszę z niedzieli - ciekawy klimat: większość uczestniczek to kobiety w podeszłym wieku, o czarnym kolorze skory - świetnie śpiewają (chyba była to msza żałobna – super pasuje do koloru ich skóry) ;)!
Wieczorkiem korzystam z tego, że u Moniki jest kuchnia (straaasznie zasyfiona) i gotuję sobie typowy ryżyk z rybką z puchy :)! Na deser na miacho - “popchniecie” empanadą z ryby (new!), lodami i soczkami (2.000 COP).
Czasem czuję się tak “nie na miejscu”: ani bogaty gringo ze mnie (a tak większość tubylców myśli), ani latino… Ach, Polaka los…
 
POPRZEDNI
POWRÓT DO LISTY
NASTĘPNY
 
Komentarze (0)
DODAJ KOMENTARZ
 
micwasik
Michal Wasik
zwiedził 7% świata (14 państw)
Zasoby: 138 wpisów138 0 komentarzy0 0 zdjęć0 0 plików multimedialnych0