Geoblog.pl    micwasik    Podróże    Ameryka Południowa 2008    Colombia: San Gil (rafting, “parapente”), Barichara
Zwiń mapę
2008
06
wrz

Colombia: San Gil (rafting, “parapente”), Barichara

 
Kolumbia
Kolumbia, San Gil
POPRZEDNIPOWRÓT DO LISTYNASTĘPNY
Przejechano 31520 km
 
http://picasaweb.google.com/aroundsouthamerica/ColombiaSanGil#

http://picasaweb.google.com/aroundsouthamerica/ColombiaBarrichara#

06 .09.2008 (sob.)
San Gil. Andres

Sobota - dzień targowy, więc na ulicach wszystkiego pełno: ludzi, rzeczy, owoców, samochodów :)!
Udaję się z wizytą do Parque El Gallineral (4.000 COP) - taki chill-out z drzewem ceiba charakterystycznym. Przechadzka ścieżkami wśród zielska :), przy rzece :)! Miło… Na trochę …
W Kolumbii często się zarzekają jak oni to wcześnie otwierają i chyba nigdy mi się nie zdarzyło, żeby się to okazało prawdą… Podobnie było z raftingiem (canotaje) - trzeba było czekać i czekać… Ostatecznie wybralim się na rzekę, co to ponoć w porywach nawet do III ma (7.000 COP + kompas = 25 => 20.000 COP). Miałem szczęście, bo byłem sam i zamiast łodzi giganta, płynęliśmy “kajaczkiem” na 3 os. (ja i dwóch “przewodników”). Ma to taką zaletę, że więcej “akcji” jest! Na początku rzeka naprawdę miała kilka ciekawych momentów - aż tak ciekawych, że postanowiłem organoleptycznie ją zbadać wyskakując (oczywiście zamierzenie ;)) z “kajaka”! Jak to się mówi “zimny prysznic” ;)!
Jakoś mnie odratowali i później juz była “przechadzka” po rzece, więc bez rewelacji, ale na pierwszy raz w życiu - git :)!
Na 13-ą byłem zaproszony na obiad do domu babci Andresa, więc nie wypadało odmówić - super atmosfera! Przy stole chyba powyżej 10-u osób, sam dom kolonialny - olśniewający, południowy, rodzinny, ciepły. Chyba w ciągu jednego posiłku nie próbowałem tylu nowych potraw! Pysznosci! Wspomnę tylko nieliczne: chicharon, malinki (tak mi się z Polska kojarzą ;)), domowej produkcji “dulce de leche” :)…
Żeby nie było, że mało wrażeń dziś, to na 16-ą udałem się na “parapente”, czyli lot w tandemie spadochronem!
I tu niemiła niespodzianka w agencji “rozrywkowej” - dziś nie, bo kiepski wiatr i – cytuję - „właśnie idę na rafting”…
Coś mi tu nie styka… Wiatr normalny… Idziemy do innej agencji i oczywiście: spoko-luzik - dziś można! J
Szczęśliwym trafem “parapentista” w kilka minut zajeżdża motorkiem pod agencję i po twardych negocjacjach cenowych (60=>50.000 COP) ładuję się na tył motorka - i w drogę :)! Po 45 min. dojeżdżamy na wzgórze, skąd są loty. Samą jazdę motorkiem jak dla mnie można zaliczyć do sportów ekstremalnych ;)!
Moj “przewodnik” przynosi dwa wielkie plecaki ze spadochronami i przygotowuje sprzęt :)! Niedługo później, szorując przy starcie tyłkiem po ziemi przez dobre kilka metrów - LATAM! :))) Widzę swoje nogi (trochę tu zimno, trzeba było pełne buty wziąć), zaś długo, długo nic i kilkanaście metrów poniżej drzewa – widziane z góry, w przeciwieństwie do standardowego widoku - z dołu :)! Najfajniejsze były szybkie zmiany kierunku - taka duża huśtawka :)! Lot trwał ok. 20 min. i naprawdę jest to fajne doświadczenie! Już po ciemku wracamy do San Gil.
Andres mieszka w dość skomplikowanym do odnalezienia miejscu i oczywiście nie o”mieszka”łem po ciemku, wśród “ogródków działkowych” się trochę zgubić ;)!
Na kolacyjkę ryżyk i puszeczka. Na tę noc rozbijam namiot. Powody są trzy: by wysechł po Villa de Leyva, jest przyjemniej niż w pokoju („stfory”) i może się pojawi Argentynka - gościna (żeby miała gdzie spać) :)! Klimat w San Gil bardzo przyjemny - uwielbiam ciepłe noce… Ciekawostką są błyskawice, które widzisz, ale nie słyszysz :)… No i te gwiazdy… J No i fajnie się gada, …, w “naturalezie” ;)!

07.09.2008 (niedz.)
San Gil. Andres

Argentynka - Tati - dojechała, ale późno i została w hotelu w San Gil (5km od nas). Zbieramy ją i dość późno, bo około 11-ej udajemy się w czwórkę transportem kombinowanym (motor, bus) do wodospadu Juan Curi. Zulma załatwia “wejściówki” ;)! Wodospad jest powalający: szeroki, wysoki, śliczny, z sadzawką u podnóża. Agencje “rozrywkowe” organizują tu reppeling (czyli po ekwadorsku “canoying”¨), a można samemu dojechać busem na Charala (3.000 COP, 1h). Po szybkiej kąpieli postanowiłem samemu już udać się do Barichary (3.300 COP, 1h).
Miasteczko typu Villa de Leyva, ale bez takiego rozmachu. Na dodatek niedziela, więc spokój nieziemski. W BARICHARA jest kilka malutkich uroczych kościołków i cała wioska jest kolonialna. Dodatkowo posiada punkt widokowy “mirador” z niebrzydką panoramą :)!
Niektórzy utrzymują, że jest “najładniejszą” mieściną w Kolumbii, ale jestem pewien, że to samo się mówi o Villa de Leyva i Santa Fe de Antioquia (choć tej ostatniej jeszcze nie widziałem ;))! Po prawdzie można stosunkowo szybko “zwiedzić” miasteczko - 2-3h, co też uczyniłem :)!
O 17.30 byłem z powrotem w San Gil. Niestety tego dnia się na msze nie załapałem. Po “organizacyjnych” Internetach i bankomatach, znów w deszczu udałem się na dworzec autobusowy (plecak w hotelu Tati).
Bus San Gil - Santa Marta (50.000 COP, cała noc).

http://picasaweb.google.com/aroundsouthamerica/ColombiaSanGil#

http://picasaweb.google.com/aroundsouthamerica/ColombiaBarricha ra#
 
POPRZEDNI
POWRÓT DO LISTY
NASTĘPNY
 
Komentarze (0)
DODAJ KOMENTARZ
 
micwasik
Michal Wasik
zwiedził 7% świata (14 państw)
Zasoby: 138 wpisów138 0 komentarzy0 0 zdjęć0 0 plików multimedialnych0