Geoblog.pl    micwasik    Podróże    Ameryka Południowa 2008    Aguas Calientes - Muchu Picchu
Zwiń mapę
2008
23
cze

Aguas Calientes - Muchu Picchu

 
Peru
Peru, Aguas Calientes
POPRZEDNIPOWRÓT DO LISTYNASTĘPNY
Przejechano 26260 km
 
23.06.2008 (pon.)
Aguas Calientes. Camping Municipalidad. 15 PEN / namiot.

4:45 [!] pobudka. Zbieramy się szybciutko, żeby być jednymi z pierwszych na górze. O 5:30 rozpoczynamy wspinaczkę. Po drodze mija nas kilka autobusów. Trzeba wam wiedzieć, że istnieją dwa sposoby dostania się z Aguas Calientes na górę, do Machu Picchu. Jeden z nich polega na płaceniu grubych pieniędzy za autobus, który dowozi Was pod samo wejście słynnych ruin, drugi natomiast - który wybraliśmy - to wejście kamiennymi schodami na samą górę. Droga miała trwać według prognoz pani z informacji ok. 1 godziny. Nam natomiast zajęła 35-40 minut. Ha! Pracuje się nad kondycją ;)! Scieżka jest jednak bardzo stroma. Trasa wiedzie przez bardzo wilgotny i ciepły pół-tropikalny las. Trochę się obawialiśmy, że widoczność będzie beznadziejna, bo w koło mnóstwo mgły. Jak się później okazało niepotrzebnie się martwilim, bo mgły ustąpiły, niebo się przejaśniło i zrobiło się bardzo słonecznie.
Tak więc na górze byliśmy tuż po szóstej. Zjedliśmy zabrane ze sobą śniadanko i rozejrzeliśmy się jak wygląda sytuacja z biletami. Oczywiście, że można było je tutaj kupić i oczywiście, że uznawali kartę Euro>26 (jupi!). Kombinowaliśmy również, jakby to Michał mógł wejść na ulgowy, ale bilety są imienne i sprawdzają je razem z legitymacją dwa razy, także nie wiem jak bardzo trzeba byłoby być sprytnym, aby przechytrzyć kontrolerów.
Pierwsze co zrobiliśmy jak już przedarliśmy się przez bileterię :), to pobiegliśmy do wejścia na Wayna (Huayna) Picchu. Zebrała się tam już spora kolejka. Napis bowiem przy wejściu informuje, że dziennie na ten szczyt wejść może tylko 400 osób. My byliśmy numerkami 121 i 122 :)! Znowu pod górkę. Dobrze, że liście koki za pasem :)! Małe placebo :)! Na górze piękny widok! Gdyby tylko można wyciąć tych wszystkich ludzi ;)! Długo tam nie zabawiliśmy, bo naprawdę tłum może odebrać całą przyjemność. Znaleźliśmy mały spot nieco poniżej i tam zasłużenie odpoczęliśmy.
Dalej można zejść po drugiej stronie góry, żeby zobaczyć Gran Caverna i Templo de la Luna. Stamtąd z powrotem do głównych ruin Machu Picchu. Brzmi łatwo i przyjemnie, ale się idzie i idzie, i wydaje się, że cały czas pod górę. Oczywiście, że widoki wynagradzają wszystko. Bez dwóch zdań! Napatrzeć się nie można!
Przed zwiedzeniem ruin miasta wyszliśmy przed wejście, żeby coś zjeść (w środku teoretycznie nie można, ale większość ludzi coś żuje, chrupie i przygryza, także bez przesady). Była już 12:00. Po posiłku z powrotem. Tak szwendaliśmy się po ruinach do 16-ej. Mam wrażenie, że można tutaj spędzić o wiele więcej czasu, niż nam było dane. Bałam się, że będzie to przereklamowana przyjemność, ale wcale mnie Machu Picchu nie rozczarowało!
MW: potwierdzam! Dobrze, że poszliśmy, choć były inne alternatywy ;)! Mimo wszystko – “naprawdę warto”!
Wróciliśmy do Aguas Calientes już nieźle zmęczeni. Różne mieliśmy plany na powrót do Ollantaytambo, gdzie została część naszych rzeczy. W końcu za namową pana z campingu zdecydowaliśmy się uderzyć w drugą stronę, niż ta, z której przyszliśmy, czyli do Hidroelectrica (10 km od Aguas) i dalej przez Santa Teresa (z elektrowni 8 km) i Santa Maria autobusami. Po wizycie w comedorze ruszyliśmy po torach w stronę elektrowni. Było już ciemno. Na szczęście mieliśmy do przejścia tylko 3 km, ponieważ tam, jak się dowiedzieliśmy, w ciemnym lesie (tuż przy torach) jest mały domek, w którym mieszka pewna kobita, która pozwoli nam rozbić namiot gdzieś w pobliżu ;).
Mandor - domek był, ale kobitka spała, a jakiś chłopak, który nam otworzył, nie czuł się na tyle kompetentny, żeby udzielić nam pozwolenia na rozbicie się w ogródku. Rozbiliśmy się więc po drugiej stronie torów, przed bramą, która wydała nam się stara i zardzewiała. Na pewno 100 lat nikt tędy nie chodził :). Chodził - się okazało. Rano nawet delikatnym “Good Morning” nas obudził [MW: Uwielbiam to u latynosów - taką lekkość i przyjazność]! Wspomnę jeszcze tylko, że wraz ze zmiana roślinności (palmy, banany itp.) pojawiły się różnego rodzaju bardziej i mniej fajne stworzenia.
MW: pierwszy raz widzieliśmy w Ameryce Południowej pająka wielkiego jak ręka, który nam przebiegł drogę w czasie spaceru nocnego po torach ;)…
24.06.2008 (wt.)
Okolice Aguas Calientes. Mandor.
Noc mnie nie rozpieszczała. Mimo, że było bardzo ciepło, to czułam się niekomfortowo na żołądku. Pewnie wina mojej głupoty, bo będąc naprawdę spragniona (jakby to mogło mnie usprawiedliwić ;)) wypiłam co nieco wody z kranu. Na szczęscie bez tragedii :)!
Rano ruszyliśmy w stronę Hidroelectrica. Mijały nas tabuny autochtonów. My ze spokojem: śniadanko na torach, zdjęcia przydrożnych (czy raczej “przytorowych”) chat, bananowców, małp na łańcuchu (!), zbieranie avocado i innych takich :). Z elektrowni szliśmy jeszcze ok. 4km, dopóki nie zabrał nas busik do Santa Teresa (2 PEN, ok. 1.50 PLN). W nim spotkaliśmy bardzo miłego Patricka z Irlandii (Greetings!), i tak nam się razem zostało, aż do Santa Maria (10=>7 PEN). Mimo, że to niedaleko, to podróż zajęła nam ładne parę godzin. Trzeba było czekać, aż uzbiera się odpowiednia ilość ludzi, targować się itp. W Santa Maria z kolei powiedziano nam, że autobusy do Cuzco (przez Ollantaytambo, gdzie zmierzaliśmy) jadą o 14-ej, ale do 15-ej jak tam byliśmy żaden się nie pojawił. Pojawila się natomiast ciężarówka. Kierowca się zgodził zabrać nas do naszego miasteczka. Oczywiście nie za darmo, ale za 15 soli za dwie osoby - to połowa tego, ile kosztuje autobus. Wrzuciliśmy plecaki na pakę i siebie też – jedziemy! Tylko, że paka była odkryta - bez dachu. Na początku piękne słońce, aż za gorąco. Kurzawa straszna. Przysypani warstwą piasku jechaliśmy ukontentowani. Aż droga zaczęła wznosić się niebezpiecznie, wznosić się i końca nie widać… A im wyżej, tym zimniej. Krótkie spodenki i rękawki zamieniliśmy na długie spodnie i polary. Skuleni czekaliśmy, aż w końcu (przecież nie można tak się wnosćc i wznosić!) zaczniemy zjeżdżać. Oczywiście, zaczęliśmy, ale po drodze jeszcze mignął nam znak “wysokość 4.316 m n.p.m.“! W ogóle się tego nie spodziewaliśmy!
W Ollantaytanbo byliśmy ok. 19:00. Mała przekąska (żołądek zachowywał się tak samo bez względu na to czy coś jadłam czy nie) i jedziemy do Urubamba. A tam do naszego hosta, a raczej “hościny”. Wiatają nas najpierw trzy wielkie psiaki (podobno jest jeszcze 10 małych w ogródku!), dalej kot i dwie papugi-giganty, mega zielone. Po takich przeżyciach ostatnich dni śpi się wyśmienicie :)!

MW: Należy wspomnieć, że 24-ego czerwca jest w Peru wielka fiesta - Inti Raimi. My załapaliśmy się na jej obchody tylko w Urubamba. Ponoć w pobliskim Cuzco odbywa się ciekawe przedstawienie!
 
POPRZEDNI
POWRÓT DO LISTY
NASTĘPNY
 
Komentarze (0)
DODAJ KOMENTARZ
 
micwasik
Michal Wasik
zwiedził 7% świata (14 państw)
Zasoby: 138 wpisów138 0 komentarzy0 0 zdjęć0 0 plików multimedialnych0