Geoblog.pl    micwasik    Podróże    Ameryka Południowa 2008    El Bolson - trek w gorach
Zwiń mapę
2008
16
kwi

El Bolson - trek w gorach

 
Argentyna
Argentyna, El Bolsón
POPRZEDNIPOWRÓT DO LISTYNASTĘPNY
Przejechano 19693 km
 
16.04.2008 (śr.)
El Bolson. Federico

Dziś wspinamy się do schroniska (refugio) pod Piltiquitron, które znajduje się 13km od drogi asfaltowej (taxi 50-60 ARS) , następnie trzeba dojść jeszcze ok. 1h. Po drodze mija się rzec można galerie w środku lasu - niesamowite rzeźby w drewnie w naturalnym środowisku (Bosque Tallado). Schronisko jest mega klimatyczne (SeTKowicze widza o czym pisze, których to przy okazji serdecznie pozdrawiamy i zapewniamy o pamięci przy każdym treku ;)) - wszystko jest bardzo prymitywne, ale są samowystarczalni, produkują swoje przetwory, żyją z turystyki, ale nie ma takiej komerchy ohydnej i zdzierstwa, jak potrafi się zdarzyć w rodzimym kraju… I cały rok sobie tam siedzą…
U Federico zatrzymała się tez Montserrat, która to informuje nas, ze w El Bolson istnieje komuna żyjąca wg tradycji Majów (comuna maya z Lee Mayer). Dla chętnych za 20 ARS spanie i wyżywienie.
Wieczorem udajemy się obejrzeć trening Pa Kua, stylu kung-fu. Ogólnie bardzo ciekawy trening: podzielony za bloki 10 min., w sumie trwa 1h, ale jest bardzo intensywny. Uczniowie świecą dyscyplina, są elementy uderzane, ale tez samoobrona, dźwignie, forma tai chi. Ogólnie bomba! Okazuje się jednak, ze ostatni autobus (urbano) do miejsca gdzie mieszkamy jest o 20 :/ (w niedziele w ogóle nie jeździ!), wiec skazani jesteśmy na remis (tutejsza nazwa taksówki).

17.04.2008 (czw.)
El Bolson. Federico

Po bojach własnych jedziemy z Federico do Wharton remisem za 23 ARS.
W El Bolson trudno dostać się do podnóża szlaku, raczej trzeba korzystać z usług taxi…
Zaczynamy treking o 9:00 i za godzinkę jesteśmy już za dwoma mostami rodem z filmów z Indiana Jonesem (10:00). Stamtąd już tylko 1,5h do super ślicznego kempingu La Playita (wraz z otwarta chata, pełna wszelkiego rodzaju sprzętów - klimat pionierski - refugio), a za kolejne 0.5h odbijamy do Cajon del Azul - dla mnie najbardziej zadbanego i bijącego pozytywna energia schroniska (refugio) w całym rejonie El Bolson. Mieszka tam przez cały rok, od chyba 28 lat pan, który wybudował refugio, posadził sad, uprawia ogród i jest bosko - sielana. No cóż, ambitnie jednak po posiłku dajemy znów, do najdalej położonego schroniska Los Laguitos (5:45 z Cajon). Po drodze jest Puesto Horqueta (obóz pasterski) oraz paskudne dla moich Conversów mokradła… W schronisku ok. 18:30 wita nas Sergio, znajomy naszego gospodarza i zostajemy na noc za 25 ARS/os. Spotykamy tez Christiana ze Szwajcarii, który pomaga 3-em gaucho budować nowe schronisko. Ogólnie można się na wolontariusza zahaczyć i ogólnie wszędzie budują nowe schroniska (prawie ;)).
Schroniska są super! Może dlatego, ze po sezonie i jesteśmy tylko my i para piechurów z Bariloche, plus obsługa i cieśle. Śpi się na poddaszu (ciepło idzie do góry), grzeje się piecem (trzeba uważać, by ogień nie zgasł), w piecu pieką chleby, nad nim susza się śmierdzące syrki wędrowców, a na suficie podynduje kawal krowy złapanej i ubitej przez gauchosów (a należącej do innego hombre ;)). Jasnym jest, ze latrynka nieco oddalona. Mimo tych wszystkich “basiców” można np. wziąć prysznic ciepły i posłuchać radia (maja akumulator ;)! Wieczorem Sergio męczy gitarę i raczy nas smutami po “castellano” (taki dziad brodaty ;)).

http://picasaweb.google.com/aroundsouthamerica/ArgentinaElBolsonLagoPuelo#

18.04.2008 (pt.)
Los Laguitos (25 ARS/os.)

Ponieważ padało postanowiliśmy nie iść do lodowca i jezior (ok. 2h w jedna stronę do każdego) i o 10:30 zaczęliśmy schodzić ta sama droga, którą przyszliśmy (nie ma innej ;)). Za 6h godzin (ok. 16:30) byliśmy w Retamal, gdzie spotkaliśmy wolontariusza Kanadyjczyka pomagającego przy budowie schroniska (deja vu, co?!). Schronisko klimacik, aż milo. Zapomniałem dodać, że w wielu z tych schronisk goszczą Cię darmową (nie tak jak w Polszy za 5 PLN) herbatką, bądź mate na dzień dobry - jakie to miłe po wyczerpującej wędrowce! Zabawiliśmy tam nieco, bo było milusio (do 18:15). Stamtąd już tylko pół godzinki (18:45) do Cajon del Azul, gdzie po zobaczeniu po raz pierwszy wiedzieliśmy, ze koniecznie trzeba się tam zatrzymać! Właśnie wrócił z dołu Tilio - właściciel, na koniu,w poncho, z ekwipunkiem niesionym przez osła :)… W schronisku poza localsami byliśmy tylko my! Śpi się pokotem, w sali wieloosobowej. Dziś było pięknie - nie było paskudnych chrapaczy (zmora schronisk) ;)!
Btw: można dojść z Los Laguitos do Encanto Blano - sama przecinka ponoć zajmuje 7h…

19.04.2008 (sob.)
Cajon del Azul (27 ARS/os. + 3 ARS/prysznic)

Z Cajona ruszyliśmy na szlak o 10:30 i przez ponad godzinę szukaliśmy zejścia na Natacion… Okazało się, że wystarczyło iść ok. 300 za szeroką drogę, gdzie kiedyś chyba był most (tak było na mapie) i skręcić w ścieżkę oznaczona HA i strzałką (Hielo Azul). Wszystko by było ok, gdyby nie fakt, ze zejście było zaznaczone przy innym moście… Rada: nie ufajcie zbytnio darmowym mapkom ;)! Droga do Natacion miała zająć ok. 5h, 400m podejścia ostrego i jakieś strumienie, a byliśmy na miejscu o 15:15 (3h+błądzenie) i strumienia ani widu, ani słuchu ;)! Natacion jak zapowiadano, tak było - puste! To dobrze: nie trzeba płacić! I jaka mila niespodzianka schronisko rzec można w pełni wyposażone: drewno jest, woda w strumyku, przypraw bez liku, a na gorze bonusy! Zawitał do nas Gabriel, Argentyńczyk, który podróżuje już cztery miesiące, a zaczynał za 600 ARS w kieszeni. Stwierdził, ze nie chce już studiować informy (super mu nie szlo - 1,5 roku w trzy lata) i do końca życia chce podróżować ;)! W każdym razie pomógł nam rozpalić ogień i zaczęło się wielkie gotowanie: chleb, papas i tortas fritas i co popadnie! Ale było zabawy! No i nieco oparzeń… W nocy wiało tak, ze myśleliśmy, ze schronisko przewróci (w oknach zamiast szyb - folie)… ale ciepło. A na dworze księżyc w pełni. Gdy wychodził zza chmur, mieliśmy wrażenie, ze ktoś światło zapala :).

20.04.2008 (niedz.)
Natacion.

Wybyliśmy pałaszując resztki z dnia poprzedniego ok. 10:00 i za 45 min. byliśmy w Hielo Azul. Musi tam być super latem, przy ogniskach, w cieple wieczory - teraz deszcz i pusto, ale i tak czuć rootsowy klimat! W 2.5h docieramy do rzeki Rio Azul, która naprawdę jest niebieściutka! Stamtąd już tylko 45 min. do drogi (ripio - droga szutrowa), gdzie i tak nie ma transportu, wiec drałujemy. Nasz przyjaciel od remisa ma wyłączona komórę, ale za to jeżyn po drodze mnóstwo! Ludzie są tu tak sympatyczni, ze nawet nie chcieli by im coś płacić za możliwość zadzwonienia po taksówkę - dzięki!
Nasz trek kończymy jadąc na stopa przyklejeni do tylu jeepa, z plecarami!
Tak w ogóle, to górki są tu piękne, ale przyznam szczerze, ze jak się trafi pogoda i nie ma rzeszy turystów (innych niż my, oczywiście), to nasze rodzime górki tez są niczego sobie! Ok, nie ma lodowców, ale płat śniegu trafi się od czasu do czasu ;). Rożnica jest tu taka, ze praktycznie wszystkie rodzaje polskich górek da się zaliczyć na jednym treku!
Te śliczne dni zakończyliśmy mszą w kościołku, gdzie potwierdziło się, ze pobliskie miejscowości okupują polscy księża :)!
Miejcie oczy szeroko otwarte w panaderiach - są po prostu boskie! Tyle smakołyków i to za całkiem rozsądne pieniądze! A jak się trafi jakaś okazja, to można wyjść z siata łakoci za jakieś 4 ARS! Mniam! I popitka na stacji - darmoszka ;)!
21.04.2008 (pon.)
El Bolson. Federico
Dzień odpoczynku, komputerka, chill-out’u i ogólnej laby :)!

22.04.2008 (wt.)
El Bolson. Federico

Wycieczka do Lago Puelo oddalonego o ok. 15km od El Bolson.
Miejscowość jest cudowna: nie jest jeszcze tak turystyczna jak El Bolson, ale ma gigantyczny potencjał: także otoczona górami, ma jezioro, czego brakuje w El Bolson, podobnie jak w El Chalten właśnie się buduje (droga główna - avenida principal już jest, boczne drogi w budowie).
Odwiedzamy Mirador de las Lechuzas. Zasadniczo proponowane w informacji parku szlaki można zrobić ponoć w 3h, wiec nie jest to jakieś specjalne wyzwanie, ale widoczki i lasy (z jednego korzenia wychodzi kilka konarów tworzących jedno drzewo) są bomba!
Od Rio Gallegos poszukujemy polskich księży. Słyszeliśmy, ze w tej okolicy (Lago Puelo, El Hoyo, Epuyen, Esquel) są! Ponoć wielu!! Znajdujemy kaplice, ale niestety nikogo nie zastajemy… Czekamy nieco, zostawiamy karteczkę i do El Bolson.
Pierwszy raz poza granicami naszego pięknego kraju udaje się (emergency) do stomatologa i na przekór moim obawom jest bezboleśnie i bez rwania nerwów (raz już miałem - aua… ;)). Za plombeczkę dość skomplikowana w moim mniemaniu place 90 ARS i liczę, ze ubezpieczenie pokryje.
Tak jak nigdy nikt do mnie prawie nie dzwoni na komórkę argentyńską, tak właśnie w czasie wizyty u dentysty dzwoni o. Jacek.
Umawiamy się na następny dzień w Lago Puelo.
Próbujemy robić pranie w argentyńskiej “Frani”, zimna woda - nie polecamy - pachnie pięknie, ale ubrania wyglądają gorzej niż przed praniem: do błotnych plam po treku dołączyły białe - od proszku ;)!

23.04.2008 (śr.)
El Bolson. Federico

Pakujemy się i z bagażami podążamy do Lago Puelo. Przed 12 udaje nam się tam dotrzeć (ach, jakie fajne stopy mieliśmy ostatnio! na pace, na pick-upach, open-air).
Spotykamy dwóch PRZEsymaptycznych księży Redemptorystów (a miało być z poprzednich informacji ok. ośmiu - oktolokacja lub podwójna kwadrolokacja?! ;)) - ojciec Jacek oraz Marcin.
Podejmują nas prezentując pierwszą do zdobycia zdolność misjonarza opanowana w perfekcji - gotowanie: pyszny rodzimy rosołek, kurczak z frytkami, suróweczka, ciacha, kawa - pycha! Dzięki!
Cudownie jest porozmawiać z rodakami! Wymieniamy nasze doświadczenia podróżnicze i ostatnich miesięcy.
Ojcowie zaczynają pionierska prace. Mają jej dużo, ale tez ogromny potencjał i mam wrażenie, ze duże poczucie bycia potrzebnym! Trzymamy kciuki!
Mieszkają w uroczym domku, a docelowa placówka w budowie (oby przed zima skończyli).
Po uczcie dla ciała, przyszła kolej na ducha - DZIĘKI!
Podziwiamy, troszkę zazdrościmy, choć wiemy, jak wielkie to wyzwanie! Mega pozytyw!
Stopujemy z “jefe gordo” do Bariloche i po zalogowaniu się w hostelu (ale wielkie to Bariloche, kempingi zamknięte, albo za siódmą górą i rzeka ;)) Ruca Huenet odwiedzają nas Losie (znajomi z Torres del Paine). Spędzamy wesoły wieczór ku braku jakiegokolwiek aprobaty ze strony obsługi (jakieś mało elastyczni byli ;)).
Boski dzień!!!
 
POPRZEDNI
POWRÓT DO LISTY
NASTĘPNY
 
Komentarze (0)
DODAJ KOMENTARZ
 
micwasik
Michal Wasik
zwiedził 7% świata (14 państw)
Zasoby: 138 wpisów138 0 komentarzy0 0 zdjęć0 0 plików multimedialnych0